DZIECKO NIE( ?) OGRANICZA

Przez
powrót do pracy po macierzyńskim

 

Jako nastolatka marzyłam o tym, by zostać dziennikarką. Jako mama, chciałam dowiedzieć się jak najwięcej o tym, co siedzi w głowie taty… Zrozumieć go. Spojrzeć na rodzinę jego oczami. I dziś spełniają się oba te marzenia. Przedstawiam Wam Marcina Perfuńskiego. Supertata.tv. Ojciec pięciu córek. Kogóż innego miałabym przepytać? 😉

 

Dowiedziałam się niedawno, że jesteś administratorem grupy na Facebook’u dla ojców… Przyznam szczerze, że nie sądziłam, że mężczyźni również zakładają swoje grupy. I nie ukrywam, że bardzo interesuje mnie ta Wasza zamknięta społeczność. Czym Wasza grupa różni się od tej dla mam?

Przed chwilą tam zajrzałem i zorientowałem się, że dzisiaj przekroczyliśmy liczbę 10.000 członków. Czujesz to? Dziesięć tysięcy facetów, którzy skrzyknęli się nie po to, by pić piwo, oglądać meczyk czy wywołać wojnę, ale wrzucić swoje ojcostwo na wyższy poziom. Szok!

Gdybym miał wskazać jakieś różnice między grupami dla matek a tą naszą, przede wszystkim podkreśliłbym to, co jest cechą charakterystyczną większości facetów, czyli dążenie do rozwiązywania problemów. Na tej grupie każda poruszana sprawa jest dla jej członków wyzwaniem: czy chodzi o chorobę dziecka, problemy wychowawcze lub zbudowanie domku na drzewie. Dzielimy się własnym doświadczeniem lub dajemy konkretne rady. To bardzo krzepiące.

Warto podkreślić, że grupa została założona przez Kamila Nowaka z bloga BlogOjciec.pl, który zbudował grupę administratorów – ja jestem tylko jednym z nich. Sam nie byłbym w stanie ogarnąć tego przepływu komunikatów. Bo jak się okazało, tatusiowie mają mnóstwo tematów do rozmów.

Jakie tematy poruszacie?

Głównie dotyczące szeroko pojętego bezpieczeństwa. To ciekawe, że akurat taka tematyka przeważa, nieprawdaż? Tatusiowie chcą wiedzieć, jaki fotelik do auta jest najbezpieczniejszy, jak bezpiecznie leczyć chore dziecko, jak zbudować bezpieczny plac zabaw w ogródku czy zadbać o bezpieczeństwo finansowe rodziny. Powstały nawet osobne podgrupy temu poświęcone, bo np. temat fotelików powracał jak bumerang przynajmniej raz w tygodniu.

Druga grupa tematów to te związane z wątpliwościami wychowawczymi. Nie chcę pisać „problemami”, bo często chodzi o zachowanie dziecka, które jest normalne na jego aktualnym etapie rozwoju,
a którego tata nie rozumie – no, ale za wszelką cenę chce zrozumieć. Widzę w tym takie roztropne pochylenie się nad dzieckiem jako małym człowiekiem, który próbuje wejść w świat, a tata chce mu
w tym mądrze pomóc. To bardzo dojrzałe podejście.

Oczywiście pojawiają się też tematy wywołujące ostre sprzeczki, jak np. szczepienie dzieci, wychowywanie za pomocą nagród i kar czy nawet pytania dotyczące dawania klapsów. Przez pierwsze miesiące funkcjonowania grupy, gdy członków było tysiąc, dwa, może trzy, to były absolutnie wzorowe dyskusje na argumenty, pozbawione niepotrzebnych emocji. Z czasem, gdy grupa zaczęła się rozrastać w tempie geometrycznym, napłynęli też ojcowie o bardziej krewkim charakterze. Okazało się, że mimo tego grupa zadziałała fantastycznie, to znaczy wciąż punktowała niewłaściwe podejście do dzieci, ustawiając delikwenta w narożniku i zasypując go merytorycznymi seriami. Niektórzy nie wytrzymywali tego zmasowanego ataku argumentów i opuszczali grupę, a innym trzeba było w tym pomóc. Bo jednak nie możemy się zgodzić na promocję postaw, które już dawno powinny odejść do lamusa, jak np. wspomniane klapsy.

Co ciekawe, jednymi z najbardziej emocjonalnych tematów są te dotyczące kształtowania światopoglądu dziecka. Wychodzi to np. w pytaniach o chrzest, komunię czy bierzmowanie – z pozoru są one bezpieczne, tymczasem tu toczą się czasem wielomiesięczne spory.

Ja patrzę na to wszystko pozytywnie, bo to świadczy o tym, że facetom zależy na wszechstronnym wychowaniu swoich pociech. Dlatego tak angażują się w te dyskusje i dlatego poruszają tak różnorodne tematy. Gdyby tak nie było, częściej siedzieliby na grupach dotyczących Ligi Mistrzów, Netflixa czy gier komputerowych. Jeśli wolą poświęcać czas i energię na dyskusje o kolkach, ciemiączkach lub obalać mity dotyczące rodzicielstwa bliskości albo zastanawiają się, jak wesprzeć swoją partnerkę podczas karmienia przez nią piersią, to ten naród nie zginie. Jest dobrze!

Fajnie, że wbrew temu co myśli wiele kobiet, są jednak na świecie mężczyźni, którzy poważnie podchodzą do bycia tatą. W dodatku jest Was aż tylu… A co z sytuacją zaraz po pojawieniu się dziecka na świecie? Brałeś urlop wychowawczy?

Na szczęście nie musiałem. Trzy lata przed narodzinami pierwszej córki, czyli w 2006 roku, założyłem działalność gospodarczą i rozkręciłem ją na tyle, że zapomniałem o istnieniu etatów. Dlatego pojęcie „urlopu wychowawczego” w sensie formalnym jest mi obce.

Gdy w 2009 roku urodziła się Marysia, to przygotowałem zawodowy grunt pod to wydarzenie
i nadgoniłem z robotą. Potem po prostu poinformowałem współpracowników i kontrahentów, że przez najbliższe 2 tygodnie jestem nieobecny, bo zajmuję się żoną. Dzięki temu mogłem skupić się na stworzeniu mojej Ani odpowiednich warunków do opieki nad dzieckiem – taka bliska i czuła pomoc od męża dla debiutującej matki jest na wagę złota.

Gdy zorientowałem się, że sytuacja jest stabilna, a żona znakomicie radzi sobie w nowej roli, wróciłem do obowiązków zawodowych i to nie po dwóch tygodniach, tylko bodaj 10 dniach. Przy narodzinach kolejnych dzieci ten czas był jeszcze krótszy. Bardzo odpowiada mi taka elastyczność.

Niestety, większość z nas nie ma takiej możliwości. Pamiętam, że ja od początku byłam z dzieckiem sama. Mój etat skończył się z dniem porodu. I widzę jak to wygląda u innych kobiet. Z dnia na dzień zostają same z nowymi obowiązkami, a tata wraca do pracy. Wydawać by się mogło, że to o czym mówisz… jest prawie nierealne. Myślisz, że sporo osób decyduje się jednak zostać z partnerką w tym trudnym czasie?

Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej. Wystarczy wyjść na plac zabaw w ciągu dnia, tak jakby
w godzinach pracy. Zwróć uwagę, że w zasadzie tatusiów i mam jest mniej więcej po równo, przynajmniej w dużych aglomeracjach. To bardzo pozytywna zmiana!

Miałem możliwość obserwowania z dość bliska rodzinę naszych przyjaciół. U nich wyszło tak, że to ona rozkręciła obiecującą karierę, a on eksperymentował z różnymi formami zatrudnienia. Gdy więc na świecie pojawiło się ich dziecko, to po urlopie macierzyńskim ona wróciła do pracy, bo przynosiła do domu pewny, stały i dobry pieniądz, a on został w domu. I w ten sposób kręci się to u nich od lat, a mają już cztery córki!

Złośliwi mogliby się uśmiechnąć pod nosem, że on jest „kogutem” domowy, tyle że to w żaden negatywny sposób nie wpłynęło na jego poczucie wartości i męskości. Dodatkowo ta sytuacja niosła ze sobą ogromną wartość dla rodziny, którą było poczucie stałej obecności taty w domu. Ile dzieci może powiedzieć, że tata jest zawsze w domu? Zwykle to ten rodzic, który do domu wpada między pracą
a spaniem – trudno zbudować z kimś takim trwałą relację. Z mamą jest łatwiej, bo bliskość z nią rośnie razem z dzieckiem w pierwszych miesiącach życia, a tata ma trochę pod górkę. Im w naturalny sposób udało się tego uniknąć.

Pamiętam, że bodaj przy trzeciej córce zaproponowałem mojej żonie, że tym razem może to ja zostanę z dzieckiem na urlopie wychowawczym aż do momentu, gdy Weronika pójdzie do przedszkola – w tym czasie moja Ania mogłaby podjąć próbę powrotu do pracy zawodowej. Jednak żona nie chciała tego robić. Uznaliśmy, że taka zamiana wiązałaby się ze zbyt dużym ryzykiem finansowym. Ja miałem już na tyle rozkręconą działalność gospodarczą, że Ania zaczynająca pracę praktycznie od nowa nie byłaby
w stanie przynosić do domu tylu pieniędzy, by zaspokoić nasze wciąż rosnące potrzeby – mieliśmy już dwie coraz starsze córki, pojawiły się opłaty za przedszkole, a teraz jeszcze urodziła się trzecia… Dużo kosztów.

Były to czasy, gdy nie istniał jeszcze program 500+, a ja byłem jedynym źródłem przychodu. Nagły plot twist w postaci zamiany dobrze prosperującej działalności gospodarczej na etat mamy powracającej na rynek pracy prawdopodobnie zarżnąłby nas finansowo. To wtedy uświadomiliśmy sobie, w jak trudnej sytuacji są kobiety wracające do aktywności zawodowej po urlopie wychowawczym. W zasadzie zaczynają od zera.

Sporo kobiet boi się też powrotu do pracy po przerwie. Ale myślę, że sam strach nie powinien nas ograniczać. Wiesz, napisała do mnie ostatnio młoda mama i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Napisała, że w czasie swojego urlopu macierzyńskiego nawet na chwilę nie wyszła z tematów ze swojej branży. Czytała blogi poświęcone swojemu zawodowi, odwiedzała portale tematyczne, kupiła książki. Wieczorami, mimo zmęczenia, zaliczała choć jeden artykuł. W pierwszej chwili pomyślałam sobie: „WOW! Musi być perfekcyjnie zorganizowana”. Ale to raczej nie w tym rzecz. Mnóstwo czasu marnujemy codziennie na bezsensowne czytanie portali plotkarskich, nieświadome przesuwanie palcem po głównej stronie Facebook’a na telefonie, a ona zamieniła to na świadomą lekturę. Dzięki temu nie wypadła z obiegu. I wyobraź sobie, że nie wróciła wcale do swojej pracy. Zamieniła ją na lepszą i, co ważne, lepiej płatną.

Według badania Pracuj.pl „Rodzice w pracy” młode matki podczas urlopów starają się stosunkowo często dbać
o zapewnienie sobie dogodnej sytuacji po powrocie na rynek pracy. Co trzecia mama (32%) starała się być podczas urlopu na bieżąco z nowościami w ich branży, a 29%
– rozglądało się za ciekawymi ofertami pracy. Co prawda zdecydowanie rzadziej panie brały udział w kursach/szkoleniach zawodowych (15%), ale uważam, że to i tak bardzo dobry odsetek.

powrót do pracy po macierzyńskim

Mężczyznom również zdarza się zmieniać pracę w momencie, gdy rodzi się dziecko. Mój znajomy kompletnie zmienił branżę. Dziś mówi, że poczuł większą odpowiedzialność za rodzinę i to dodało mu odwagi. Z resztą, nawet portal Pracuj.pl umożliwia takie działania, bo poza ofertami pracy można znaleźć tam również sporo przydatnych artykułów (tutaj! ), na przykład jak pogodzić życie zawodowe z prywatnym albo napisać perfekcyjne CV. Rodzicielstwo naprawdę daje kopa do działania, bez względu na to czy jesteś mamą czy tatą. Dzięki dzieciom powstał mój blog, nabrałam pewności siebie, a ktoś inny może mieć impuls do samorozwoju i wykorzystać „wolny” czas do przygotowania się do nowej pracy. Co tak naprawdę zmieniło się w Tobie?

Myślę, że najważniejsza zmiana zachodzi w głowie i w sercu. O ile wcześniej żyłem sobie od rana do popołudnia zarabiając pieniądze, by pod wieczór wydać je na przyjemnostki, to teraz mam cel: dziecko. Ten mały człowiek nagle nadał sens wszelkiej aktywności: zawodowej, blogowej, fizycznej – każdej!

To właśnie dziecko pobudza moją kreatywność, nie daje mi zdziadzieć z pilotem w dłoni, tylko wygania mnie na dwór, żeby budować z nim zamki z piasku i zdobywać nowe punkty na rowerowej mapie. To ono porządkuje mój budżet domowy, bo muszę pilnować, by nie zabrakło kasy na komitet rodzicielski, wyjazdy do teatru czy wakacje. To wizja jego bezpiecznej przyszłości mobilizuje mnie do dbania
o własne zdrowie, by nagle nie zabrakło mu taty w jakimś niespodziewanym momencie.

Żyjemy w fantastycznych czasach. Możemy pracować na etacie, prowadzić działalność gospodarczą, zakładać spółki, pomagać w fundacjach. Jest tyle form, w których można się zawodowo realizować. Skoro cały świat się do ciebie nachyla i mówi: rób i działaj, to twórz! Masz do tego wszelkie potrzebne narzędzia.

Kiedy sześć lat temu zorientowaliśmy się, że mojej żonie będzie ciężko wrócić na etat, zaczęliśmy rozglądać się za innymi formami aktywności zawodowej. Pojawił się pomysł powołania do życia fundacji organizującej warsztaty dla kobiet. MamyCzas.org założyły razem z koleżanką, też mamą z rodziny wielodzietnej, i od kilku lat z powodzeniem prowadzą różnorodne warsztaty rozwojowe dla pań.

Aktualnie szykują kurs dla mam po raz pierwszy wchodzących w macierzyństwo. To temat, który
w naturalny sposób wypływa z wieloletniego doświadczenia mojej żony i wiem, że jest przygotowana do poprowadzenia takiego kursu jak mało kto. A przecież 6 lat temu mogła załamać ręce i ponarzekać na nieprzyjazny system. Tymczasem Ania wolała przemyśleć, w czym jest silna, co jest jej mocną stroną
i jak przekuć to w zawodowy sukces. I udało się!

Można więc rzec, że jest między nami mniej różnic niż sądzimy. I przede wszystkim, że ani macierzyństwo, ani tacierzyństwo nie powinno nas ograniczać, bez względu na to czy mamy jedno dziecko, czy pięcioro. To bardzo pozytywna puenta.

Wpis powstał we współpracy z portalem Pracuj.pl

Polecamy również

Translate »