#WASZEWYZNANIA 25 / (NIE)ZWYKŁA HISTORIA

Przez

Zacznę od tego, że od zawsze miałam nieregularne miesiączki. Potrafiłam nawet przez pół roku jej nie mieć. Wszyscy lekarze, mówili „masz czas, to przez dojrzewanie, wszystko się ureguluje”. Było to dla mnie uciążliwe, ponieważ nigdy nie wiedziałam kiedy akurat się zacznie. Aż do czasu, gdy w wieku 19 lat na pierwszym roku studiów usłyszałam „nigdy nie będziesz mieć dzieci. Wyniki poziomu hormonów są bardzo złe, masz zespół policystycznych jajników”. To brzmiało jak wyrok. Marzyłam o trójce dzieci.

Oczywiście nie poddałam się, chodziłam do różnych lekarzy, od wszystkich słyszałam to samo. Brałam tabletki na uregulowanie cykli. Pomagały, mój organizm na nie reagował i miesiączki miałam równiutko co 28 dni. Byłam wtedy bardzo młoda i nie planowałam jeszcze dzieci, ale gdzieś z tyłu głowy miałam świadomość problemów z zajściem w ciążę. Tak skończyłam licencjat i wróciłam do swojego rodzinnego miasta na studia magisterskie.

Pewnej nocy w klubie poznałam JEGO. Wiedziałam, że jest kolegą z pracy mojego szwagra. Wysoki, przystojny, od razu „wpadł mi w oko”, podobno z wzajemnością. Przypadkowo zaczął bywać tam gdzie ja i w końcu zaczęliśmy się spotykać, aż 21 kwietnia staliśmy się parą. Jest starszy o 7 lat, jednak nie przeszkadzała nam ta różnica. Od początku mówił, że nie jestem dziewczyną na chwilę. Pół roku później 21 października oświadczył mi się, co było dla mnie totalnym zaskoczeniem. Ustaliliśmy datę ślubu na 21 kwietnia dokładnie w naszą 2 rocznicę.


Gdy zaczęłam traktować nasz związek poważnie powiedziałam mu o moim „problemie”. Stwierdził, że damy radę, w ostateczności zdecydujemy się na adopcję.

Z polecenia trafiłam na profesora, który jako pierwszy powiedział, że wyniki są niejednoznaczne. Przy zespole policystycznych jajników często występują choroby towarzyszące np. insulinooporność czy problemy z wagą czy nadmiernym owłosieniem. Ja nic takiego nie miałam. Doktor zaszczepił we mnie płomyk nadziei.

 Oczywiście męczyłam narzeczonego, żeby też się przebadał. Chciałam sprawdzić, czy tylko ze mną jest problem czy u niego również. Na szczęście wszystko było w porządku. Profesor zlecił badania z lekami, następnie bez. Okazało się, że faktycznie wyniki hormonów bez leków są złe. Zapytał kiedy planuję zajść w ciążę. Nie chcieliśmy czekać, ze względu na perspektywę długiej walki. Wesele w kwietniu, więc zdecydowaliśmy, że od lutego zaczniemy starania.

Przyszedł 10 marca, próba naszego pierwszego tańca, podczas której zasłabłam. Pierwsze co przyszło narzeczonemu do głowy to zrobić test. Kupiliśmy w aptece, razem czekaliśmy na wynik. I udało się 🙂 druga blada kreseczka. Zrobiłam poziom betaHCG, w celu potwierdzenia. Wizyta zaplanowana na 19 marca (urodziny narzeczonego). Potwierdzone na USG, malutka kropeczka i druga ze znakiem zapytania, serduszka jeszcze nie biły. Byliśmy przeszczęśliwi, wesele lada moment, ja już w ciąży, wszystko szło idealnie, choć miałam mdłości i sporo wymiotowałam.

Aż przyszedł 3 kwietnia, dzień po świętach zaczęłam plamić. Pojechaliśmy do szpitala, to był 7 tydzień. Dostałam leki na podtrzymanie ciąży i miałam dużo wypoczywać. Została również potwierdzona ciąża bliźniacza 2 jajowa. W szpitalu spędziłam 4 dni. Ostateczne przygotowania do wesela trwały, 16 kwietnia w poniedziałek w tygodniu przed weselem ustaliliśmy z narzeczonym ostateczny plan stołów. Wróciłam do rodzinnego domu, było ok.19. Poszłam do toalety i zobaczyłam krew. Rodzice zadzwonili po karetkę, do czasu przyjazdu do szpitala byłam cała we krwi. Byłam przekonana, że straciłam dzieci. Na oddziale lekarz zrobił USG i powiedział „dzieci żyją, proszę położyć się i nie wstawać”. To był 9 tydzień ciąży. Dzieci miały po 2 cm, między nimi był krwiak 6x5cm, który powodował odklejanie się łożysk. To był bardzo trudny czas, ja w szpitalu, a w domu ostateczne przygotowania do wesela. Przez te 5 dni w szpitalu schudłam 5kg. Na szczęście w niedzielę zrobiłam listę co zostało do zrobienia. Wszystkim zajęli się moja siostra (też bliźniaczka) i rodzice. Narzeczony chciał odwołać ślub.


Do czwartku był plan ślubu w szpitalu, w piątek po ubłaganiu ordynatora wyszłam do domu ma własne żądanie, z zaleceniem powrotu w każdej chwili do szpitala. Takim sposobem w piątek jakieś 24 godziny przed ślubem wyszłam do domu. W ogóle nie czułam klimatu weselnego.

Na szczęście udało się zgrać wszystko tak, że fryzjer i makijażystka przyjechali do mnie do domu. Podwykonawcy – kamerzysta, fotograf i orkiestra zostali poinformowani o całej sytuacji. Zdecydowaliśmy się na sam ślub 30 minutowy, a nie na samą ceremonię jak pierwotnie było zaplanowane. Czułam się w obowiązku poinformować gości o całej sytuacji, o wszystkim wiedziała tylko najbliższa rodzina. Tak więc po skróconym pierwszym tańcu wzięłam mikrofon i powiedziałam, że nie mogę bawić się z gośćmi tak jakbym tego chciała, chodzi nie tylko o moje życie, ale również dwa inne. Wolałam uniknąć komentarzy typu „poszli do pokoju, pewnie kasę liczą” czy „co z wujkiem nie zatańczysz?”. Byłam za stołami tak długo jak mogłam. Wszystko odbywało się normalnie, goście zrozumieli całą sytuację. Po torcie, oczepinach i konkursach poszłam do naszego pokoju się położyć. Mąż obudził mnie jak już jechaliśmy do domu. W niedzielę poprawiny odbyły się również normalnie. Goście bardzo docenili moją szczerość.

Na szczęście nie musiałam wracać do szpitala. Cały czas krwawiłam i leżałam w domu. „Mój” profesor po całej sytuacji zalecił mi przenieść się do poradni ciąż mnogich, tak też zrobiliśmy. Jeździliśmy na wizyty do Warszawy oddalonej 100km od naszego miasta. Naturalnie nie obyło się bez kolejnych problemów. Wyniki hormonów tarczycy były złe, miałam nadczynność tarczycy i anemię. Przez I trymestr schudłam 8kg, ja nie tyłam, a dzieci rosły. W 15 tygodniu ciąży wylądowałam kolejny raz w szpitalu z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego, jednak okazało się, że na szczęście to tylko kolka nerkowa. W tym czasie nadal krwawiłam, a krwiak nie zmniejszał się. Dlatego w szpitalu spędziłam 10 dni.

Na USG połówkowym w 21 tygodniu lekarz stwierdził, że krwiak jest na tyle mały, że już nie zagraża dzieciom i mogę zacząć chodzić. Pod koniec 24 tygodnia w weekend zaczął boleć mnie brzuch w pachwinach. Poszłam do lekarza w moim mieście. Doktor stwierdziła, że szyjka się skraca (z 37mm w dwa tygodnie skróciła się do 17mm) i dostałam skierowanie do szpitala z nakazem natychmiastowego zgłoszenia się z rozpoznaniem PORÓD PRZEDWCZESNY, był równo 25 tydzień. Po telefonie do męża, który wyszedł z pracy natychmiast prawie „na sygnale” pojechaliśmy do naszego szpitala, gdzie stwierdzono, że nie jest tak źle i dostałam nakaz zakupu pessaru oraz powrotu na wizytę we czwartek. Tak też zrobiliśmy. Na wizycie okazało się, że mam cukrzycę ciążową, został założony pessar. Nie zostawiono mnie w szpitalu na obserwację, nie kazali leżeć, lecz siedzieć, aby nie nabawić się cukrzycy. Miałam zgłosić się za 2 tygodnie na kontrolę cukrów i pessaru. W razie napinania brzucha miałam brać nospę. Przy cukrzycy nie mogłam jeść prawie nic, nawet gorzka herbata podnosiła mi cukier. Musiałam badać poziom cukru 4 razy dziennie.

Wieczorem 21 sierpnia mąż zadzwonił z pracy i powiedział, że źle się czuje, czymś się zatruł i pojedzie do naszego mieszkania, żeby mnie nie zarazić (ze względu na mój stan mieszkaliśmy u rodziców, gdzie zawsze ktoś był w domu). W nocy zaczął napinać mi się brzuch, więc wzięłam nospę (nie wiedziałam wtedy, że to skurcze przepowiadające). Potem coś zaczęło ściskać mnie w brzuchu najpierw co ok 5-6 minut, potem co 2-3. Poszłam do rodziców, obudziłam ich i mama pojechała ze mną do szpitala. To był 27+2 tc. Na izbie przyjęć lekarz stwierdził, że pessar nie trzyma, a ja mam 7cm rozwarcia. Natychmiast zabrali mnie na trakt porodowy, z zamiarem zatrzymania akcji porodowej. Lekarz na trakcie po badaniu kazał położonym i lekarzom natychmiast przygotowywać się do cesarskiego cięcia i dzwonić po neonatologów. Nie było czasu na przebranie się w inne ubrania, byłam na stole w swojej sukience, zegarku i obrączce. Nie podpisałam żadnych dokumentów, jedynie zgodę na cięcie. Dostałam znieczulenie ogólne i obudziłam się rano na sali pooperacyjnej już bez „mojej piłeczki”.

Dziewczynki urodziły się o 2:10 i 2:11 z wagą 970g i 1070g, dostały po 6 punktów w skali Apgar w dniu 22 sierpnia. Po obudzeniu się na sali pooperacyjnej dowiedziałam się, że doktor neonatolog chce je ochrzcić z wody, jakie imiona wybieramy i które imię dla której. Więc nasze Calineczki dostały imiona Michalina i Marcelina (oznacza wojowniczka, dlatego dostała je ta mniejsza dziewczynka). Miały zostać przetransportowane do innego szpitala z III stopniem referencyjności. Dziewczynki zawdzięczają życie ordynator neonatologii, gdyby przy porodzie był mniej doświadczony lekarz, nie udałoby się ich uratować. Zostały osobno przetransportowane karetką do Warszawy, ponad 100km od nas. Ja nawet ich nie widziałam, moja mama mogła je na chwilę zobaczyć. Wieczorem, gdy już mogłam wstać byłam bardzo osłabiona i zasłabłam w łazience. Najgorsze było to, że lekarze ze szpitala, gdzie leżały dziewczynki nie chcieli udzielać mi żadnych informacji, a mój mąż nie mógł do nich pojechać ze względu na zatrucie.

W szpitalu spędziły 79 trudnych dni. Każdy z tych dni opisałam w dzienniku, patrząc z perspektywy dziewczynek. Może kiedyś będą chciały przeczytać jak wiele przeszły. Na początku jeździliśmy do nich co 2 dni, potem przeprowadziłam się do Warszawy i byłam z nimi codziennie od 8 do 18. Ja od początku ściągam pokarm laktatorem i małe były karmione sondami, zaczynały od 1ml, a potem z butelek. Nadal walczę o pokarm, moim celem jest rok. Najbardziej obawiałam się wylewów dokomorowych, które są bardzo niebezpieczne dla wcześniaków. Na szczęście udało im się tego uniknąć. Dziewczynki miały rozpoznaną retinopatię II stopnia, obecnie już całkowicie się wycofała, szmery w serduszkach, które musimy nadal kontrolować oraz nadal walczymy z anemią, ale na szczęście jest już lepiej.


Pisząc ten tekst patrzę ze łzami w oczach na moje 8-miesięczne skarby, które śpią obok w wózku. Są silne, zdrowie, ważą już ponad 6kg. Nadal zostajemy pod opieką kilku specjalistów, ale są to tylko rutynowe kontrole.

Nie wiem jakbym poradziła sobie bez mojego męża, który od początku był i nadal jest dla mnie ogromnym wsparciem. Bardzo pomaga mi w opiece nad dziewczynkami.

Zdecydowałam się napisać ten tekst, aby kobiety z problemami w ciąży oraz mamy wcześniaków wiedziały, że nie są same w tej trudnej sytuacji. Zawsze trzeba mieć nadzieję, nawet jeżeli jest to tylko malutki płomyczek.

Kasia

Polecamy również

Translate »