cesarka

CESARKA – PÓJŚCIE NA ŁATWIZNĘ…

KAŚKA:

Leżę na szpitalnym łóżku. Wczoraj rano urodziłam córeczkę. Zerkam na telefon, setki gratulacji od dziewczyn poznanych na grupie “Wrześniowe mamy 2018”. I ten jeden komentarz: “Pfff, cesarka to nie poród. To pójście na łatwiznę.”

W tym momencie mąż wysyła mi zdjęcie naszej malutkiej Hani. Miliony rurek wokół niej, respirator, zamknięta w inkubatorze… Wyłączam jasny ekran telefonu, zamykam oczy i czuję gorące łzy spływające po policzku.

Dokładnie pięć lat temu usłyszałam od swojej lekarki, że nigdy nie donoszę ciąży. To było już drugie poronienie. Świat spadł mi na głowę. Runął. Zawaliło się wszystko, moje plany, marzenia, posypał się związek. Zamknęłam się w swoim cierpieniu, unikałam ciężarnych koleżanek, nie wychodziłam nawet przed blok, żeby nie słyszeć dziecięcych krzyków i śmiechu. Chciałam przeżyć tę stratę w samotności. Samobiczować się czarnymi scenariuszami, ukarać siebie za to co usłyszałam. Bo to przecież wyłącznie moja wina. Mój mąż nie zasługiwał na taką żonę…

Pamiętam, jak pewnego dnia wpadł do domu krzycząc, że jest nadzieja. Że znalazł jakąś klinikę na drugim końcu Polski, że mam się pakować, że jedziemy, najlepiej już, teraz! Nie miałam siły nawet ruszyć ręką. Popatrzył mi w oczy i powiedział: “Będziemy mieli dziecko, na przekór wszystkiemu. Zobaczysz.”

Pojechaliśmy. Długo czekaliśmy na wolny termin. Jeszcze dłużej na badania, a potem na wyniki. Dostałam serię leków i zastrzyków, diagnozę i morze wsparcia. Zapożyczyliśmy się u teściów, żeby móc mieć kompleksową opiekę.

Potem zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Radość ogromna. Byłam niemal pewna, że tam w klinice dokonał się cud. Serduszko na usg biło jak szalone. To był chłopiec, nasz Piotruś…

W dwudziestym tygodniu zaczęłam krwawić. Trafiłam do szpitala. Na ekranie usg roztrzęsiona szukałam migającego punktu. Nie zobaczyłam go. Nie pamiętam słów lekarza. Jak przez mgłę widzę kroplówkę, którą podają, a potem czuję silne skurcze. Urodziłam Piotrusia siłami natury. Nie tak wyobrażałam sobie ten poród. Mój synek już nie żył.

Nie napiszę jak się wtedy czułam. Nie ma takich słów, które trafnie określiłyby ten ból. Kolejne miesiąca to próba wstania z łóżka każdego ranka, życia…

Nie wiem jakim cudem mąż znalazł w sobie tyle siły, by walczyć o nasze marzenie dalej. Nie mam pojęcia jak zdołał nakłonić mnie do dalszych prób. On też przecież cierpiał. Sam.

Wczoraj urodziłam Hanię. Prawie trzy kilogramy szczęścia. Lekarz mówi, że trochę się pospieszyła, ale wszystko będzie dobrze. Po wielu badaniach zrobiono mi cesarskie cięcie. Słyszałam jej głos, jej płacz… Widziałam jej rączki, buźkę, malutkie ciałko. Cud.

Zerkam ponownie w telefon: “Pfff. Cesarka to nie poród. To pójście na łatwiznę”. Uśmiecham się. Niech tak będzie.