PARÓWKA CZY KIEŁKI?

Przez
szklarnia lectus opinie

 

Jak można podać dziecku parówkę? Nie trujcie swoich dzieci cukrem! Nie kupujcie napoju z syropem glukozowo-fruktozowym!

Takie komentarze to teraz norma, nawet na moim blogu. Cieszę się, że wzrasta społeczna świadomość na temat żywienia. Fantastycznie, że czytamy etykiety i zwracamy uwagę na skład produktów zanim znajdą się w naszym sklepowym koszyku. Mimo całej swojej nieperfekcyjności ja również dałam wkręcić się tę „nową modę”. Tylko, że stoję gdzieś pośrodku…

W naszym domu to „pośrodku” oznacza, że jemy zdrowo, ale nie fiksujemy na widok lizaka. Pozwalamy sobie na odstępstwa. Od czasu do czasu pożeramy chrupki, które wcale nie są z jabłek a ich skład pozostawia wiele do życzenia. Gdzieś tam pomiędzy jedną szklanką wody, a drugą łykniemy sobie słodkiego napoju. Pizzę zamówimy. Frytki w Mc zjemy.

Te odstępstwa traktujemy bez spiny, że nagle jedna porcja lodów nas zabije, a hamburger podtruje. Dlaczego?

Dlatego, że z podobnymi produktami nasze dzieci prędzej czy później się spotkają. U koleżanki, na kinderbalu, gdzieś poza domem. Nie chcę, żeby po zjedzeniu lizaka bały się przyznać mamie, że zrobiły coś strasznego i zakazanego. Wyluzujmy.

Najważniejsze, moim zdaniem oczywiście, to zachowanie zdrowego umiaru. Uczenie dzieci, że przede wszystkim jemy zdrowo.

Tak, podaję parówki. Ale nie jest to produkt z pierwszej lepszej półki. Czytam skład. Bez MOM-u, ale za to z szynki. Keczup? Czemu nie? Wiesz, że istnieją takie bez dodatku „chemii”? Czytać, czytać, czytać. Edukować się. I jasna cholera, nie przesadzać!

Czego staram się nie robić?
– nie kupuję słodyczy w ilości hurtowej. Bo potem kuszą. A jak ich nie ma w domu to i tyłka nie chce się ruszyć do sklepu, zwłaszcza wieczorem. I jesteśmy uratowani!
– absolutnie unikamy pieczywa z supermarketów.
– warzyw i owoców również staram się nie kupować w hipermarketach. Te produkty często bywają spornej jakości. Jasne, bywa, że przy okazji coś kupię, ale tylko wtedy, gdy nie mam czasu pojechać do swojego ulubionego warzywniaka. I to naprawdę sporadycznie.
– nie powtarzam dzieciom, że słodycze to zło wymyślone przez samego diabła. Raczej chciałabym, by wiedziały, że ten ulubiony batonik można zjeść tylko od czasu do czasu.
No i udało mi się je wkręcić w naszą domową hodowlę warzyw i owoców. Pewnego pięknego dnia pomyślałam sobie, że absolutnie niewybaczalne jest mieć swój własny ogród i nie przeznaczyć nawet kawałka na szklarnię. I oto jest.

Własnoręcznie posadzona kalarepka, sałata, ogórki, pomidory, truskawki czy szczypiorek to niesamowita frajda dla dzieciaków, które obserwują rosnące rośliny i nie mogą się doczekać, by znów własnoręcznie zrobić z nich pożytek. Żałuję tylko, że z braku czasu na pielęgnację tych warzyw nie mogę pozwolić sobie teraz na naprawdę dużą szklarnię. Ale kiedyś się zestarzeję, będę leżeć dniami na swoim tarasie i mówić do pana pomidora jak do swojego kumpla. Tak siebie widzę za 50 lat.

Taką szklarnię bardzo szybko się montuje. Możecie kupić ją w internetowym sklepie meblowym (TUTAJ). Polecam każdemu kto ma choć kawałek swojej ziemi 😉

Wzrost naszych roślinek, nowe przepisy, a także bałagan przy robieniu zdrowych posiłków będziecie mogli obserwować oczywiście na instastory (TUTAJ).

 

Wpis powstał przy współpracy z marką LECTUS.

Polecamy również

Translate »