DO TEGO PEDIATRY JUŻ NIE WRÓCĘ!

 

Jedną z najtrudniejszych i najważniejszych spraw po porodzie jest niewątpliwie wybranie odpowiedniego pediatry. Lekarza, któremu możemy ufać, któremu możemy powierzyć zdrowie dziecka i który kompetentnie doradzi w wątpliwych dla nas sytuacjach. To nie jest prosta rzecz. Pediatra to nie fryzjer. Włosy zawsze odrosną, a zdrowia czasem nie da się przywrócić.

Od początku wiedziałam, że moimi córkami będzie zajmował się lekarz, który leczył już mnie jako małą dziewczynkę. Z różnych względów, mniejsza jednak o to. Ufam mu. Jednym z powodów takiego wyboru było również to, że przyjeżdża na wizyty domowe, co dla mnie jest bardzo ważne. A teraz, przy trójce dzieci, jeszcze ważniejsze. Na szczęście poza lekkimi przeziębieniami, katarem i sporadycznym kaszlem, z którym sama sobie nieźle radzę, małe nie chorują zbyt często, ale zawsze pozostaje jednak pewność i spokój, że w razie nagłej sytuacji pomoc nadejdzie.

Któregoś dnia zachorowała starsza córka. Porządnie. Pech chciał, że akurat wtedy nasz lekarz wyjechał za granicę na kilka dni. Objawy się nasilały a moje działania były już nieskuteczne. Wezwałam do domu innego pediatrę. Przyjechał punktualnie. Diagnozę postawił dobrą. Leki, które przepisał szybko postawiły córkę na nogi. Nic, tylko się cieszyć, że wciąż mamy tak dobrych specjalistów.

Niekoniecznie. Bo ten pan nie postawi już nogi w naszym domu.

Dopiero kiedy wyszedł zorientowałam się, że ze strachu o córkę nie zwróciłam uwagi na to, co jest dla mnie priorytetem. I gdybym wcześniej zauważyła ten podstawowy błąd (zaniechanie? lekceważenie?) to na pewno nie pozwoliłabym mu się zbliżyć do chorej córki. Co zrobił? Otóż wykształcony i całkiem dobry jak się okazuje lekarz nie umył rąk przez zbadaniem dziecka.

Czepiam się? Ani trochę. Już w przedszkolu uczy się dzieci czym jest higiena. Moja sześciolatka wie na czym polega prawidłowe mycie rąk. A każdy dorosły powinien wiedzieć (i tu nie trzeba być lekarzem), że na rękach przenoszone są m.in. rotawirusy odpowiedzialne za biegunki, gronkowiec złocisty powodujący zakażenia skóry i zatrucia pokarmowe, pałeczki Salmonelli i E.Coli, jaja tasiemca i owsika i wiele innych. Umycie więc rąk przed badaniem jest absolutną koniecznością. Pomijam fakt, że wcześniej być może badał dziecko z ostrą biegunką, ospą albo anginą, ale zwyczajnie przyszedł z dworu. Prowadził samochód, otwierał drzwi, kichał (nie chcę myśleć o tym, że był też w toalecie).

Wychodzę z założenia, że brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Ale podczas zabawy. Nie musi przecież brudnymi rękami trzymać jabłka, które je. Są jednak pewne granice. Jeśli tych granic nie trzyma się lekarz, to ja się pytam, kto ma trzymać?

Przez pewien czas (zanim postanowiłam zostać wolnym strzelcem) pracowałam w swoim zawodzie. W laboratorium. Miałam również dyżury w sali pobrań materiału do badania. Mówiąc wprost, pobierałam krew. Bywały dni, że kolejka pod gabinetem nie malała i w krótkim czasie kułam ponad sto osób. Przy każdej (każdej!) osobie zmienia się rękawiczki. Jeden pacjent to jedna para rękawiczek, jedna strzykawka i jedna igła. Wszystko potem jest wyrzucane i nie nadaje się do ponownego użycia. Nawet jeśli wydaje się „czyste”. Dlaczego? Bo rękawiczki mają chronić nie tylko mnie. Stanowią ochronę również dla pacjenta. Żeby miał pewność, że nic „nie przeniosę” na niego z poprzedniej osoby.

Pan doktor wrócił zapewne do domu. Umył ręce i zjadł posiłek. Był bezpieczny. A moja córka? Jaką mam pewność, że za chwilę nie będzie męczyło ją zatrucie pokarmowe?

Do tego pediatry na pewno już nie wrócimy.

Opublikowany w Blog