NA PRZEKÓR ŚWIATU, JESTEM MAMĄ!

Przez

Jest taka grupa mam, którą podziwiam bardziej niż wszystkie inne mamy. Mój szacunek do nich jest ogromny, jak stąd na koniec świata. To mamy adopcyjne. Chciałam napisać tekst, który przybliżyłby wszystkim całą procedurę adopcyjną, pokazał emocje, które jej towarzyszą… Ale poznałam Marysię (33 lata), która opowiedziała mi swoją historię i postanowiłam opublikować ją w całości. Przygotujcie chusteczki…

„Dlaczego adopcja? Pewnie podobnie do wielu innych par. Z mężem pragnęliśmy mieć dzieci, a mimo starań latami się nie pojawiały. Oczywiście zaczęliśmy się badać, leczyć. Tylko niestety jest to niezwykle wypalające. Ja czułam nieustanny smutek, bo w zasadzie żaden lekarz nie potrafił nam pomóc jednoznacznie, związek też obrywał, bo do intymności dwojga ludzi nagle wplątuje się lekarz. W naszym przypadku nie stwierdzono jednoznacznie, że nie możemy mieć dzieci. Co więcej nie udało nam się znaleźć jednoznacznej przyczyny dlaczego ich nie mamy. Ale chyba często tak bywa z bezpłodnością. Pewnego dnia po prostu poczułam i to ja nie mąż, że nie jestem w stanie znieść żadnego badania więcej, żadnych leków więcej i kolejnych wizyt u lekarzy. Temat adopcji pojawiał się wówczas od dawna w naszych rozmowach. Zapytałam więc męża, czy nie uważa, że to już jest dobry czas, by udać się do ośrodka adopcyjnego. I tak zrobiliśmy. Było to w listopadzie 2012 roku.

Procedury… one na początku bardzo przerażają, dzisiaj widzę to zupełnie inaczej. Pierwszym krokiem zawsze musi być wizyta w ośrodku adopcyjnym. Warto wcześniej zadzwonić i umówić się na taką wizytę. Po pierwsze wówczas na pewno będzie obecna osoba, która podobne spotkanie przeprowadzi, po drugie nie będziemy czekać, po trzecie łatwiej po prostu wejść, a nie rozmyślić się. Taka wizyta jest zupełnie niezobowiązująca, można odbyć ją w kilku ośrodkach adopcyjnych, by wybrać ten, w którym czuje się dobrze. A warto, bo trochę czasu się tam spędzi… My poszliśmy tylko do jednego ośrodka, byliśmy w zasadzie od początku zdecydowani. Po wybraniu ośrodka adopcyjnego pisze się podanie o przyjęcie do ośrodka. Jest to chyba raczej formalność. Przed chwilą zajrzałam do podania, które złożyliśmy w listopadzie 2012 i muszę przyznać, że porywające nie jest. I w tym momencie zostajemy wpisani do listy oczekujących na kurs przygotowujący do adopcji. W różnych ośrodkach różnie bywa z dostarczaniem dokumentów potrzebnych do adopcji. Nasz ośrodek wymagał od nas dokumentów dopiero pod koniec kursu. Moim zdaniem słusznie, bo na przykład zaświadczenie o niekaralności jest potrzebne aktualne z ostatnich 3 miesięcy, by dostać kwalifikacje na rodziców adopcyjnych. Krótko mówiąc oszczędzili nam zbędnego biegania.

W ośrodku uprzedzają ile mniej więcej będzie trzeba czekać na kurs. Nam powiedzieli, że prawdopodobnie rozpoczniemy kurs na początku 2014 roku. I to był dla mnie pierwszy niezwykle trudny moment. DLACZEGO TAK DŁUGO??? Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że w ośrodkach adopcyjnych pracują mądrzy ludzie. Ten czas był bardzo potrzebny. By być faktycznie gotowym na adopcję bardzo dużo spraw trzeba sobie w głowie przepracować. Jedni pewnie potrzebują tego czasu więcej inni mniej, ale każdy po prostu go potrzebuje, choć idąc do ośrodka myślałam inaczej. Okazało się również, że panie zadzwoniły wcześniej. Kurs rozpoczęliśmy we wrześniu 2013 roku. Pani z zaproszeniem na kurs zadzwoniła do mnie tuż przed moją wizytą u kardiologa, sprawdzałam swoją arytmię. Jeszcze nigdy ekg nie wyszło mi tak fatalnie. W naszym ośrodku kurs trwał trzy miesiące. Spotkania odbywały się raz w tygodniu , w godzinach wczesnowieczornych. Kurs jest trudnym czasem. W trakcie jego trwania bardzo mocno pracują emocje. Trzeba się wewnętrznie jak i w związku zmierzyć z tym na przyjęcie jakiego dziecka jesteśmy gotowi. My mieliśmy szczęście, że nasza grupa przygotowujących się do adopcji była bardzo fajna i otwarta. Otwartość pomaga!

Z mężem wyszliśmy z założenia na samym początku naszej drogi ku adopcji, że będziemy w ośrodku szczerzy. Nie chcieliśmy unikać żadnych tematów. Stwierdziliśmy, że jeśli nie nadajemy się na rodziców adopcyjnych, lepiej byśmy się o tym dowiedzieli w ośrodku adopcyjnym, a nie kiedy dziecko będzie w domu. Podobne nastawienie mieli szkolący się z nami ludzie. Dzięki temu po pierwsze kurs znacznie przyjemniej przeszliśmy, po drugie zyskaliśmy sporo przyjaciół, którzy dzisiaj są rodzicami adopcyjnymi. A naprawdę pomaga w wychowaniu dzieciaków adopcyjnych grono innych znanych rodzin adopcyjnych. Ale do tego postaram się wrócić za chwilę. Kurs ma nas przygotować i jest naprawdę pomocny w przyszłości. Ma też otworzyć nam oczy i poruszyć do zastanowienia się na przyjęcie jakiego dziecka jesteśmy gotowi. My skierowaliśmy swoje kroki do ośrodka adopcyjnego z myślą o noworodku. W trakcie kursu jednak w naszych głowach wszystko zaczęło się zmieniać. Pewnego dnia z mężem zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego właściwie noworodek.

Mąż wracając z kursu pewnego wieczoru powiedział, że przecież gdyby wszystko szło według naszych planów to my byśmy mieli dzisiaj dwoje dzieci. Stwierdziliśmy, że przecież właśnie tak może być. Pod koniec kursu jest spotkanie z psychologiem i wówczas określaliśmy właśnie naszą gotowość. Można tutaj wybrać płeć, zdecydować czy jest się w stanie zaakceptować jakąś przewlekłą chorobę, określa się wiek w którym chce się adoptować dziecko. I jest to szalenie trudny moment. We mnie było okropne poczucie jak bym była w supermarkecie i wybierała „produkt”. Niemniej jednak jakoś musimy postawić granice swoich możliwości. My z mężem uznaliśmy, że chcemy adoptować rodzeństwo, 2 dzieci, do 4 roku życia. Płeć dzieci była dla nas bez znaczenia. Uznaliśmy, że gdybyśmy mieli dzieci biologiczne, na płeć też byśmy wpływu nie mieli. Nie stawialiśmy ograniczeń na choroby przewlekłe, postawiliśmy ograniczenie na niepełnosprawność. Pod koniec kursu (choć wiem, że różnie jest w ośrodkach, czasem przed kursem) mieliśmy wizytę w domu pracownika z ośrodka. Pary starające się o adopcję nieco obawiają się tej wizyty (zresztą w naszym przypadku było podobnie), a trochę niesłusznie.

Warunki mieszkaniowe muszą być sprawdzone, to oczywiste, ale nie trzeba mieszkać w pałacu, by się kwalifikować. U nas była to bardzo sympatyczna wizyta. Na spokojnie jeszcze pani z nami rozmawiała na przyjęcie jakich dzieciaków jesteśmy gotowi. Opowiedzieliśmy, gdzie planujemy pokój dla dzieci i ogólnie rozmowa była dużo bardziej swobodna. Po skończeniu kursu, złożeniu dokumentów potrzebnych do adopcji i wizycie pani w domu, czekaliśmy około 2 tygodni na kwalifikacje. Dostaliśmy ją w grudniu 2013 roku. Od tego momentu czekaliśmy na telefon z ośrodka adopcyjnego z propozycją dzieci.

Nie czekaliśmy długo, gdyż telefon zadzwonił 27 lutego 2014 roku. Na rodzeństwo czeka się w Polsce krócej, gdyż robi się wszystko co można, by nie rozdzielać rodzeństw. Poznaliśmy tego dnia karty 3 letniego chłopca i jego półtorarocznej siostry. W kartach poznaje się informacje niezbędne do podjęcia decyzji czy chcemy poznać dzieci czy nie. Zdecydowaliśmy się, że chcemy poznać dzieci. Spotkanie było możliwe dopiero 4 marca. I tego dnia poznaliśmy nasze dzieciaki. Pierwsze spotkanie niesie ze sobą ogromne emocje. Tak naprawdę decyzja, że chcemy adoptować te dzieciaki w naszych głowach pojawiła się chyba już przy czytaniu kart dzieci. Nawet nie umiem ubrać w słowa emocji, które we mnie się wzbudziły. W głowie miałam jedno słowo: „jesteście!”. Po spotkaniu pojechaliśmy do ośrodka wypełnić dokumenty do sądu. Przed rozprawą w sądzie odwiedziła nas jeszcze pani kurator. Nam trafiła się pani „służbistka”. Przyszła z listą pytań i bez emocji i ludzkiej twarzy wystrzeliła nimi w nas, oczekując ścisłych i jasnych odpowiedzi. Była to jedyna osoba na naszej drodze adopcyjnej, która nie „weszła” w nasze emocje.

Rozprawa o przysposobienie była niesamowita. Mieliśmy poczucie, że kończy się w tym miejscu nasza walka o rodzicielstwo a zaczyna budowanie rodziny. W zasadzie całą rozprawę przepłakałam. Pani Sędzia była niezwykle miła i po prostu ludzka. I tak 14 kwietnia 2014 dzieci zamieszkały z nami i staliśmy się również w świetle prawa rodziną. Zmienione zostały pesele dzieciaków, nazwiska. Mogliśmy również zmienić imiona dzieci. My tego nie zrobiliśmy. Uznaliśmy, że nasze dzieci są na tyle duże, że imiona w nich już „wrosły”. Stwierdziliśmy, że życie odebrało im wszystko co znali, imiona to ostatnia ich przynależność, nie mamy prawa. Tak to widzieliśmy. Pierwsze dni, a w zasadzie miesiące były trudne. My uczyliśmy się być rodzicami dla naszych dzieci, a nasze dzieciaki uczyły się nowej rzeczywistości. My, dorośli, niby wszystko rozumieliśmy a i tak ciężko było ogarnąć swoje emocje. Dzieciaki nie rozumiały nic. Jak łatwo się domyślić pojawiło się wiele trudnych emocji. Stwierdziliśmy, że chcemy postępować mądrze, nie na oślep. Pragnęliśmy być rodziną. Udaliśmy się po pomoc do naszego ośrodka adopcyjnego. Przyznam, że to miejsce wybraliśmy doskonale. W pierwszych miesiącach panie nam towarzyszyły i zawsze gdy o to poprosiliśmy były. Spotykaliśmy się w ośrodku, przyjeżdżały do nas do domu. Ich pomoc była nieoceniona. Pomagały nam zrozumieć zachowania naszych dzieci i właściwie na nie reagować.

Dzisiaj po półtora roku od momentu poznania zaskakuje mnie czasami świadomość, że nie zawsze nasze dzieci były z nami. Nie wiem jak kocha się biologiczne dzieci. Ja moje kocham do granic! Prowadzimy zwyczajne życie, bawimy się, gotujemy, wyjeżdżamy razem. Uczymy się cyfr, liter, emocji… Moja siostra jest aktualnie w zaawansowanej ciąży. Pewnego dnia mój synek usiadł koło niej i powiedział: „a mnie moja mama nie nosiła w brzuchu, wiesz?”. I o tym też rozmawiamy. Nasi znajomi wiedzą że jesteśmy rodzicami adopcyjnymi. Nie jest to temat, którym byśmy się chwalili, ale nie jest też tematem tabu. Gdy obca kobieta w piaskownicy powie do mnie, że ciężko musiało być tak rodzić dzieciaki z niewielką różnicą wieku uśmiecham się w odpowiedzi, nie ciągnąc tematu. Jednak wszyscy z naszego bliższego otoczenia wiedzą że jesteśmy rodzicami adopcyjnymi.

Pierwszy raz próbowałam jakoś ubrać w słowa jak wyglądał cały proces adopcyjny… Emocje natomiast to zupełnie odrębny temat. Nigdy w żadnej sytuacji w życiu nie przeżywałam tak silnych emocji przez tak długi okres czasu. W zasadzie doświadczyłam wówczas pełnego wachlarza emocji. Był strach, była radość, oczekiwanie, frustracja, że nie da się inaczej. Najpierw trzeba przeboleć stratę dziecka biologicznego, którego się nigdy nie miało i być może mieć nie będzie. Pogodzenie się z tym jest bardzo trudne. I boli niesamowicie. Mnie ciężko się było z tym pogodzić… Wydawało mi się że jestem idealną kobietą na matkę, więc czemu mnie to spotyka. Potem pojawiła się nadzieja, przecież mogę być mamą. W sposób może mniej standardowy, ale kto powiedział, że nie tak samo piękny. I tutaj pojawiło się oczekiwanie i radość. Tysiące myśli, czy moje dziecko już jest na świecie, kiedy będzie nam dane się poznać. Czy ja poznam że to moje dziecko. Im dłużej to wszystko trwało tym więcej pojawiało się również zniecierpliwienia, chciałam już. I był oczywiście strach. Bałam się, czy na pewno pokocham to dziecko, bałam się co jeśli okaże się być chore. Ale na te wszystkie lęki przychodziły uspokajające odpowiedzi. Zaskakujące było również to iż nagle okazało się, że sporo jest wokół nas rodziców adopcyjnych. Nagle okazywało się, że znajomi znajomych, albo Ci ludzie z którymi gdzieś się spotkaliśmy….

Adopcja nagle stała się zwykłym tematem i powszechnym zjawiskiem. Przyjście moich dzieciaków natomiast zmieniło mnie całkowicie. Podejrzewam, że po prostu bycie mamą zmienia. Jeszcze dwa lata temu wyobrażałam sobie że dzieci po prostu wejdą w moje życie a ono za bardzo się nie zmieni. Zmieniliśmy z mężem wszystko. Ja pracuję razem z nim, żeby zawsze móc wyjść z pracy i być z dziećmi. Nagle nie zależy mi, by moja ścieżka kariery była niesamowita. Zależy mi by dzień moich dzieciaków był niesamowity.

Cały ten długo opisany proces adopcyjny, który kiedy się rozpocznie mija niezwykle szybko, doprowadził mnie do dnia dzisiejszego. Rano wstaję, idę do pokoju moich dzieciaków i mam moją dwójkę uwieszoną na szyi i słyszę „mamo jak ja Ciebie lubię! Dzień dobry!”. Ubieramy się, wspólnie wykonujemy poranną toaletę i szykujemy śniadanie. Przy śniadaniu nie słyszę co mówi do mnie mąż, bo nasza córka śpiewa, a nasz syn pyta czy w przedszkolu dzisiaj będzie grał w piłkę. Jedziemy do przedszkola, gdzie w szatni trochę trudno się pożegnać, bo fajnie jest bawić się z dziećmi, ale czy mama nie mogła by być tam z nimi? Po sześciu godzinach odbieram dzieciaki patrząc ze smutkiem na zegarek, że tyle dnia nam uciekło. W drodze do domu syn mi opowiada o tym że był „iścig” w przedszkolu i on był pierwszy, bo ma dobre nogi, a córka śpiewa nową piosenkę. W domu (gdzie jeszcze dwa lata temu był cudowny porządek i błysk) bajzel jest niesamowity, zabawki są wszędzie, ale przestawić ich nie można, bo przecież mamo one tworzą tor dla samochodów! Jedzenie szykuję z córką siedzącą na blacie i wciskającą swoje łapki wszędzie, co oczywiście strasznie irytuje. Wraca mąż, jemy wspólnie znowu siebie nie słysząc, bo w naszym domu ciszy nie ma. Po jedzeniu koniecznie musimy wszyscy usiąść, bo trzeba trochę połazić po rodzicach i się poprzytulać i powygłupiać, potem może książkę przeczytać, albo zrobić „iścig”.

I tak nadchodzi wieczór, kakao i mycie i do spania. W łóżku oczywiście jeszcze tysiąc pytań, których nie udało się zadać wcześniej, a odpowiedz trzeba znać teraz. I tak kilkanaście minut po 20 wychodzę z ich pokoju, zmęczona posprzątać w końcu „tor dla samochodów” co to został wszędzie, jeszcze pranie, coś do jedzenia na następny dzień i kilka innych czynności. Tak koło 24 zauważam, że telewizora to już włączać nie ma po co i wyspać znowu się nie zdążę. I zasypiam. Wstaję oczywiście zmęczona, ale to nic, bo słyszę, że dzieciaki już nie śpią.

Ktoś zapyta czy warto było i co mi dała adopcja. Adopcja dała mi rodzinę, miłość i sens życia. Dzięki adopcji żyję bardziej. Niedziela nie ucieka mi między palcami jak kolejny niczym nie różniący się dzień od innych. W tą niedzielę mój syn dokonał rzeczy niebywałej, przejechał z tatą 20 km na rowerze, a moja córka zrobiła niesamowity rysunek, schowam go do teczki!”

Marysiu ściskam Waszą rodzinę ciepło! I dziękuję za zaufanie!

Polecamy również

Translate »